Napisane przez: annajamaica | Październik 15, 2013

Praca na Jamajce

Gdy widok więdnącej przyrody, zniekształcony przez spływające po szybie krople, wywołuje przygnębienie spotęgowane dodatkowo przez odgłos wiatru i miarowe uderzenia deszczu o parapet, gdy nie pomaga nawet gorąca herbata z cytryną i miodem tudzież rumem, to by nie dać się pokonać jesienno-zimowemu blusowi człowiek uruchamia mechanizmy obronne. Uaktywnia się wyobraźnia, której w sukurs przychodzi aromat rumu parujący z kubka z herbatą oraz sączące się z głośników powolne rytmiczne reggae. Uśmiechamy się do wizji turkusu morza, piasku między palcami, brązowych klat dredowych mężczyzn oraz bieli ich uśmiechów (uwaga: modyfikuj wizję gdy jesteś facetem). Chcemy, by nie była to tylko wizja i mrzonka, ale nasza nowa rzeczywistość. W głowach świta plan, z początku czając się nieśmiało, by nabierać na sile wraz z kolejnym stopniem w dół na skali Celsjusza. Kaloryferowi mówimy wtedy stanowcze NIE. Chcemy na stałe zamienić go na jamajskie słońce.

Marzenie marzeniem, ale z czegoś w tym raju trzeba żyć. Jak zatem sytuacja ma się z pracą na Jamajce? Jak znaleźć na Jamajce pracę?

Artykuł niniejszy dedykuję tym wszystkim, którzy, być może pod wpływem powyższej wizji, brali się za ‚risercz’ i trafiali na mojego bloga. Oczywiście do lektury zapraszam wszystkich.

Niestety, najpierw zatnie nam się płyta, herbata wystygnie, w turkusowym morzu pojawi się morska trawa, a z bliska dredziarz błyśnie uśmiechem pt. ‚co drugi wystąp.’ Czarne chmury nad naszą wizją transferu na Jamajkę. Praca na Jamajce to towar wysoce deficytowy.

Ale, do rzeczy i po kolei.

Zanim jednak zacznę wymieniać i radzić muszę nakreślić jak sytuacja się ma w przypadku obcokrajowców. Otóż obcokrajowców obowiązuje wiza pracownicza, tzw. work permit. Wnioskodawcą takiej wizy jest pracodawca, i to na pracodawcy spoczywa obowiązek pokrycia kosztów wizy, który jest niemały (dobrych kilka lat temu to był koszt ok. JMD 10,000). Prosty wniosek z tego taki, że zakłady pracy zatrudniają obcokrajowca, który wymaga wizy, gdy już absolutnie nie zdołają znaleźć nikogo na etat wśród obywateli Jamajki. No, ale, jak to na Jamajce… wszystko da się załatwić jeśli tylko zna się kogoś kto zna kogoś kto zna kogoś 😉 Co niektórym udaje się nawet pracować bez formalnej wizy. Jednak im pracodawca bardziej wiarygodny, tym bardziej będzie chciał być w porządku z przepisami. Mnie na rozmowach zawsze pytano o to czy mam prawo pobytu i pracy.

Ja, jako żona obywatela Jamajki, byłam w tym przypadku w sytuacji komfortowej. Otrzymałam bowiem na podstawie tego faktu wizę odnawialną co trzy lata, uprawniającą mnie do pobytu i pracy na terenie Jamajki. Aby otrzymać taką wizę musiałam dostarczyć:

– paszport

– wypełniony w urzędzie imigracyjnym odpowiedni formularz

– Pismo z Ministerstwa Pracy nadane mi jednorazowo (z klauzulą ważności na czas trwania związku), po dostarczeniu im Aktu Małżeństwa

– opłata za wizę (JMD 5,000)

Pismo Ministerstwa Pracy jest bezcenne, brałam go ze sobą także podróżując. Działa jak przepustka po okazaniu celnikowi na lotnisku. Pismo to potrzebowałam również do wyrobienia numeru podatnika, zwanego w skrócie TRN (tax revenue number), po który udałam się do Urzędu Skarbowego (tax office).

Ok, to jak już możemy załatwiać pracę, a nawet jak nie możemy ale bardzo chcemy, to jak się do tego na tej Jamajce zabrać?

Oto krótki przewodnik.

Jak i gdzie szukać

Pierwsza myśl: ogłoszenia prasowe. Idziemy dobrym tropem.

Najbardziej poczytnym dziennikiem na Jamajce jest Jamaica Gleaner, a zwłaszcza jego niedzielne wydanie. Anonsy pracy i inne ogłoszenia są zamieszczone w specjalnych dodatkach. Radzę unikać ogłoszeń drobnych w dziale pt. ‚Classifieds’, aż roi się tam od szemranych ofert. Pracy szukamy w dziale ‚Careers’.

sunday classifieds

Ogłoszenia prasowe to często ostatnia deska ratunku dla firm. Albo jedynie czysta formalność, prawna podkładka, bo już dawno na to miejsce kogoś wybrano – najczęściej spośród istniejącej kadry (jeśli to awans) albo ich znajomych. Ale że takie przepisy, że trzeba ogłoszenie zamieścić, więc się zamieszcza, by nikt się nie mógł przyczepić.

Agencje rekrutacyjne? Buahaha … nic z tych rzeczy na Jamajce. Chociaż… tak, jest jedna strona internetowa działająca poniekąd na zasadzie agenta pośrednictwa www.splashjamaica.com

Krótka wizyta na stronie odsłoni obraz jamajskiego rynku pracy. Zalew…istny zalew ciekawych ofert. (czytaj ostatnie zdanie tonem sarkastycznym).

Nie chcę nikomu zaraz na wstępie podcinać skrzydeł, ale najskuteczniejszą metodą na wszystko na Jamajce jest poczta pantoflowa oraz elektryka tzn. kontakty i wtyki. Liczy się też to jakie ma się nazwisko, czy rodzice znają kogoś i absolwentem jakiej (dobrej) szkoły się jest – koledzy mogą przecież pomóc tudzież inni byli alumni (gdy np. zobaczą nazwę ‚swojej’ szkoły na cv kandydata).

Krótki przykład.

Gdy koleżanka Reeshma postanowiła zmienić zatrudnienie rozesłała wici wśród swoich licznych znajomych. Na odzew nie musiała czekać długo. Telefonicznie i mailowo dostawała cynk od znajomych, że tam i tam kogoś szukają, że któraśtam znajoma słyszała od kadrowej, że zwolniło się miejsce. Dostawała wtedy namiary na osoby, do których miała przesłać swoje cv i list motywacyjny. Maile Reeshmy na pewno wcześniej zostały przez te znajome osoby odpowiednio zaanonsowane. Zawsze to pewniej zatrudnić kogoś poleconego niż kompletnie obcego.

A jak to było w moim przypadku?

Pierwszą pracę dostałam w odpowiedzi na anons w gazecie, drugą po znajomości, a trzecią wysyłając podania i miejąc nadzieję, że wydam się komuś na tyle interesująca, że zaprosi mnie na interview…. i się udało. Tak więc, jest nadzieja.

Prawda jest taka, że Jamajczycy lubią obcokrajowców.

CV

Nie będę się tu rozwodzić nad tym jak ma być napisane CV, na które na Jamajce, z amerykańska, mówi się resume. Powiem tylko tyle, że bardzo ważnym – a dla niektórych (tu mowa o obywatelach Jamajki) decydującym punktem w ich CV jest adres domowy. I wcale nie chodzi tu o odległość od potencjalnego miejsca pracy (co w pewnym stopniu też mimo wszystko może mieć w ostatecznym rozrachunku znaczenie), ale dosłownie o to gdzie, w jakiej dzielnicy – jeśli to Kingston czy Montego Bay – się zamieszkuje. Jeśli adres wskaże na dzielnicę o niepewnej czy wręcz podłej reputacji, to na tym często analiza CV się kończy. Pracodawcy nie ufają osobom pochodzącym z takich miejsc. Dany kandydat sam może być nieskazitelny, ale może mieć sąsiadów z półświatka, którzy w jakiś sposób mogą narazić zakład pracy na problemy, niebezpieczeństwo np. poprzez szantaż, wymuszenie (klucz, kod dostępu itd., itp) – przykładając komuś z rodziny kandydata nóż czy spluwę do ciała. Jeśli nie ten scenariusz to przekonanie, że ów kandydat nie będzie super wydajny, bo prędzej czy później zacznie się spóźniać- z powodu jakiejś strzelaniny w jego okolicy, lub urywać kilka, kilkanaście minut przed końcem szychty – ze względu na godzinę policyjną.

Na wszystko jest jednak sposób. W takich wypadkach w CV podaje się adres kolegi, ciotki, brata lub kuzyna… kogokolwiek kto figuruje pod lepszym adresem.

Mnie na rozmowach zawsze pytano o to gdzie mieszkam oraz o to czym zajmuje się mój mąż – co dawało im pojęcie tego w jakich kręgach się obracam.

Jaka praca taka płaca

Jamajski rynek pracy można by podsumować jednym zdaniem. Bida z nędzą. Oficjalny procent bezrobocia oscyluje wokół cyfry 14, choć nieoficjalne źródła wskazują na dwudziestoprocentowy stan faktyczny. Nie mam pojęcia na jakiej podstawie opracowano te statystyki, bo na Jamajce nie istnieje urząd pracy, który byłby bardziej miarodajnym źródłem informacji. Skoro nie istnieje urząd pracy, oznacza to, iż pojęcie ‚zasiłek dla bezrobotnych’ to na Jamajce fraza czysto abstrakcyjna. Osłona socjalna nie istnieje, trzeba radzić sobie samemu…

Gros obywateli znajduje zatrudnienie w przemyśle turystycznym jako personel hoteli czy atrakcji turystycznych. (Turystyka na Jamajce koncentruje się na północnym wybrzeżu wyspy.) Chleb to raczej niewdzięczny, bo sezonowy i zależny od gospodarek państw odwiedzających – do niedawna przede wszystkim USA. Do tego dochodzi fakt, iż jest to sektor w głównej mierze nieuregulowany i związkowo niezrzeszony, co daje pole do wyzysku. Bardzo często hotele obejmuje sześciodniowy system pracy (teoretycznie) i dziwne zmiany. Płaca jest niska; pracowników zwabia się wizją dorobienia poprzez napiwki.

Kingston, jako centrum biznesowo-finansowo-rządowo-prawno-akademickie, zatrudnia hordy urzędników i pracowników biurowych.

Sektor usług nie jest zbyt duży.

Jeśli chodzi o rolnictwo, to na Jamajce przeważają, że tak powiem, chłopi małorolni. Ze względu na ukształtowanie terenu, poletka są raczej niewielkie. Uprawy, które zajmują duże powerzchnie to trzcina cukrowa, banany, pomarańcze. Uprawia się także wysokogatunkową kawę.

Przemysł przetwórczy jest, i owszem, choć mógłby być większy zważywszy na bogactwo produktów rolnych. Jednak wysokie koszta energii elektrycznej skutecznie hamują rozwój istniejących i powstanie nowych firm. (Największą firmą przetwórczą, obecną również na rynku brytyjskim, jest ‚Grace’.)

Skoro jest chłop małorolny, to czy jest rybak małorybny? Tak się zastanawiam, bo rybołóstwo na Jamajce jest detaliczne, zdecydowanie nie przemysłowe.

Budżetówka, jak w większości krajów świata, nie zarabia najlepiej. Nauczyciele i pielęgniarki zarabiają marne grosze.

Przemysł wydobywczy też dosyć kuleje (zwłaszcza od czasu światowego krachu). Jedyny surowiec naturalny występujący na Jamajce to boksyt, który służy do produkcji aluminium. Na terenie wyspy istnieje kilka kopalń, w których pakiet większościowy mają Rosjanie.

Smutne to, ale czasem wydaje mi się, że jedynymi większymi przedsiębiorstwami jakie pozostały w jamajskich rękach są supermarkety… wszystko inne rozsprzedane (banki – kanadyjskie albo trynidadzkie, trynidadzkie pieniądze wykupiły kilka ubezpieczalni oraz linie lotnicze Air Jamaica, telekomunikacja – irlandzka, kilka wielkich hoteli- hiszpańskie).

Najlepszym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest założenie własnego interesu. Ale to też nie takie proste. Jamajski system podatkowy wydaje się karać przedsiębiorstwa swoim arcyskomplikowanym systemem, siecią odliczeń, ulg, opłat, składek… Gdy mąż zaczął mi tłumaczyć zawiłości systemu to już po kilku jego zdaniach mózg mi się wyłączył. Na Jamajce nie ma corocznego indywidualnego rozliczenia jak w Polsce.

Średnia płaca przeciętnego jamajskiego Kowalskiego wynosi $200. W sektorze obsługi ruchu turystycznego np., częstą praktyką dla obejścia systemu i zatrzymania zysku jest oficjalne odprowadzanie podatku od najniższej krajowej, a pozostałą część wypłaty pracownik otrzymuje w kopercie, nierzadko w twardej walucie.

ja w appleton

Wysokie bezrobocie sprzyja nadużyciu władzy przez wrednych szefów. Pobrzmiewa czasem hasło typu (bywa nawet, że nie wypowiedziane na głos): ‚jak się nie podoba, to droga wolna. Dziesięciu z ulicy łatwo znajdę na twoje miejsce’. Część na te słowa tuli ogon i to znosi (bo o pracę ciężko), ta zbyt dumna część odchodzi.

Wielu, po prostu wykonuje swoje obowiązki bez ponad przeciętnego zaangażowania, adekwatnie do otrzymywanej za to zapłaty. Od dobrych kilku lat, płace stoją w miejscu, a ceny rosną w tempie galopującym.

Etyka pracy urzędników państwowych urosła na wyspie do rangi legendy. Świadomość władzy absolutnej nad petentem wyzwala w urzędniku najpodlejsze instynkty. Przypomina to trochę stosunek komunistycznych ekspedientów do ‚kupujących’, traktowanie ich jakby samo pojawienie się w sklepie zakłóciło coś ważnego, a już nie daj boże zagadnięcie typu: ‚czy jest…?’ W odpowiedzi na co najpierw następowało wydęcie ust, wywrócenie oczami, zniecierpliwione wypuszczenie powietrza nosem i komentarz: ‚no przecie widzi, że nie ma. Czego pyta jak wie, że nie ma.’

Wizyta w takim jednym czy drugim urzędzie podatkowym na Jamajce jest antropologicznie bardzo ciekawym doświadczeniem, choćby li i jedynie ze względu na niebywałe gabaryty co niektórych pań uczędniczek.

...w pracy..

…w pracy..

Jeśli obcokrajowiec chciałby zatrudnić się na Jamajce, to o ile nie jest Chińczykiem mającym zaklepaną fuchę w chińskiej restauracji bądź prowincjonalnym spożywczaku, tudzież Indusem, któremu załatwiono robotę w sklepie wolnocłowym jako ‚ekspert’ od biżuterii, to na co można liczyć?

Na niewiele. Lepiej mieć swój biznes w kraju pierwszego świata, a na Jamajce pomieszkiwać.

Obcokrajowiec może na Jamajce spróbować pracy w turystyce, i najlepiej gdyby znał kilka języków obcych. Języki, znajość których na Jamajce jest przydatna i atrakcyjna dla potencjalnych pracodawców z branży turystycznej to: hiszpański (aspiracje ekspansji na rynek południowoamerykański) i francuski (stały napływ turystów z Quebecu i Francji) ponadto: niemiecki (od lat wierna i liczna klientela) i od niedawna rosyjski (czartery z Moskwy i szerokim gestem wydawane tysiące w wolnocłowych i setki dolarów w najlepszych restauracjach).

Pracując z Jamajczykami

Jak już jakimś cudem uda nam się upolować tę ulotną marę, czyli pracę, to co należy robić a czego nie i jak się zachować pracując z autochtonami?

Ano, kwestia to bardzo ważna, żeby się nie narazić i nie zrazić do siebie lokalsów. Pozwolę tu sobie przytoczyć fragment artykułu z magazynu Free Colours (autor – ja):

„Jaki strój obowiązuje w pracy.

W wielu instytucjach jak banki i hotele obowiązują firmowe uniformy. Jeśli zakład pracy nie zapewnia ‘mundurku’, to co należy na siebie założyć?

ja po cywilnemu (w tym mundurku wyglądałam jak w piżamie)

ja po cywilnemu (w tym mundurku wyglądałam jak w piżamie)

Najpierw panie:

Mimo iż Jamajka to kraj gorący, grubym nietaktem byłoby pojawienie się w pracy w bluzce na ramiączkach i klapkach. Buty- muszą być pełne. Niekiedy wymagane jest przez panie noszenie pończoch. Spodnie lub spódnica, koszula z krótkim lub długim rękawem, czasem marynarka. Na szczęście biura są klimatyzowane.

Oszczędny makijaż, włosy koniecznie spięte w kok albo koński ogon.

Panowie:

Buty, spodnie, koszula, czasem krawat i marynarka. Włosy krótko ścięte. W przypadku dredów, należy je albo owinąć w formie rastafariańskiego turbanu albo spiąć. Jeansy są dozwolone w piątki. W zawodach artystycznych nie trzyma się sztywno tych reguł.

trzej muszkieterowie w biurze

Obywatele Jamajki przyzwyczajani są do zuniformizowanego świata od dziecka. Już w przedszkolu dzieci noszą mundurki. Obowiązuje skromny i schludny wygląd.

Bardzo ważne! (gdy zakład nie zapewnia uniformów) Nie wolno powtórzyć części garderoby w ciągu jednego tygodnia, nawet gdy upierze się w poniedziałek a założy w piątek. I tak pomyślą sobie: brudas, bezgustowiec.

Maniery:

Zaczyna się od pozdrowienia. Dzień dobry. Słów: proszę, dziękuję nigdy nie za wiele. Dzwoniąc ZAWSZE należy zacząć rozmowę od ‘jak się masz’, nawet jeśli ledwo znamy daną osobę, ale chcemy coś załatwić. Bezpośrednie przechodzenie do tematu w tym wypadku nie jest mile widziane. W pracy, nawet jeśli żyjemy ze współpracownikami na stopie przyjacielskiej, prosząc o pomoc czy zrobienie czegoś nie zwracamy się bezpośrednio tylko używając form grzecznościowych. W tej kwestii język angielski jest dosyć bogaty w zwroty typu could you, would you possibly, do you/ don’t you mind…a zamiast kropki na końcu zdania czy pytajnika wstawiamy słowo ‘dziękuję’. I znowu, jeśli nie przestrzega się tych norm i form można usłyszeć komentarze w stylu: ‘ależ on/ona niewychowany/a’, ‘jak on/ona się do ludzi zwraca!’. Protesty pracowników na Jamajce bardzo często są wynikiem złamania przez ich zwierzchnika tych reguł i traktowania ich w sposób autorytarny. Odbierane jest to jako brak szacunku względem pracowników. Niestety winni temu są często obcokrajowcy, którzy pełnią funkcje menadżerów niektórych wielkich hoteli.”

Mam nadzieję, że w jakimś stopniu naświetliłam sytuację z pracą na Jamajce. Znalezienie sensownego zatrudnienia to czasem nie lada karkołomny wyczyn.

Tym, którzy mimo takich kłód zdecydują się na podjęcie wyzwania, ‚kłaniam się czapką nisko do ziemi’ i życzę powodzenia, bo jak już tę pracę się ma – to choćby nie dostawało się zawrotnej sumy pod koniec miesiąca – będzie to na pewno niezapomniane i bardzo cenne doświadczenie.

j1a za kulisami

Napisane przez: annajamaica | Wrzesień 12, 2013

Karnawał w Notting Hill

Karnawał odbywa się co roku pod koniec sierpnia. Kulminacja trzydniowej imprezy ma miejsce w poniedziałek, który jest dniem wolnym od pracy. W tym roku dzień ten przypadł na 26 sierpnia.

Początki karnawału sięgają późnych lat 50-tych XX wieku, kiedy to był on skromną karaibską potańcówką. Inicjatorką pierwszej imprezy była niejaka Claudia Jones z Trynidadu. Począwszy od 1975 roku, karnawał w Notting Hill nabrał rozmachu i ogólnoświatowego rozgłosu. W historię karnawału wpisane są także zamieszki i przestępcze incydenty.

– Heh, ty patrz – mówię do męża, ruchem głowy wskazując mijane witryny sklepowe – jak na Jamajce przed huraganem. Skojarzenie to wywołały płyty pilśniowe, które zasłaniały oszklone witryny. A przed czym miałyby chronić? Możliwe, że na nastrojach podwyższonej gotowości bojowej zagrała tradycja karnawału. Najwyraźniej też właściciele jeszcze świeżo w pamięci mają londyńskie zamieszki z podtekstem rasowym, a karnawał to wszak ‚czarna’ impreza.

Na kilka tygodni przed karnawałem media głosiły o prewencyjnej akcji policji w dzielnicy Brixton, silnie zasiedlonej przez społeczność jamajską i karaibską w ogóle, w wyniku której dokonano wielu aresztowań. Prasa drukowała ostrzeżenia i pouczenia. Oprócz porad praktycznych typu: wdziej wygodne obuwie i zaopatrz się w wodę, przestrzegała przed kieszonkowcami.

Karnawał trwa trzy dni. Ulicami Notting Hill maszerują za sound systemami przebrani, ‚rozebrani’ oraz w ‚cywilu’ uczestnicy imprezy, którzy tańczą i po prostu cieszą się atmosferą zabawy. Red Stripe leje się strumieniami w gardła białej publiki oglądającej gibki seksowny kolorowy pochód. I tak od rana do wieczora. Na tym jednak nie koniec. Całą noc, w określonych punktach dzielnicy odbywają się tzw. ‚after party’ i koncerty. A w telewizji o tym nic, cicho sza.

Zdążyłam zauważyć, że z ‚białych’ imprez typu odpowiednik naszego ‚Przystanek Woodstock’, rządowa tv prowadziła transmisje. Karnawał w Notting Hill póki co takiego coveringu nie ma, mimo iż to impreza, która rok rocznie przyciąga masę turystów (szacuje się, że przez karnawał przewija się ok. milion osób) i w ciągu zaledwie trzech dni wzbogaca kasę państwową o bez mała 100 milionów funtów.

Widząc zwarte grupy trynidadzkie oraz widowiskowo-mesmeryzujące grupy brazylijskie obudził się we mnie nowy cel życiowy. Muszę zaliczyć karnawał w Rio i na Trynidadzie, pomyślałam sobie. Myśl tę zwerbalizowałam wykorzystując moment względnej ciszy po przemarszu jednej z grup, wykrzykując ją w mężowskie ucho.

Cud nad Tamizą. Mąż puścił trochę farby odnośnie karnawału na Trynidadzie. Dał się ponieść chwili. Z jego krótkiej relacji dowiedziałam się, że trynidadzki karnawał to wielka impreza, która jest bardzo dobrze zorganizowana. Biorą w niej udział przebrane w pióropusze i kostiumy tłumy płynące nieprzerwanym potokiem ulicami stolicy. Choć, według męża, po jakimś czasie trynidadzki karnawał może się znudzić, bo słyszy się tylko jeden rytm, calypso; nic tylko: ‚jump jump jump, jump and wave jump and wave jump up and wave, wave wave wave’ i tak w kółko macieju:-) No ale to jego zdanie. W każdym razie taka rytmiczna powtarzalność sugeruje, iż uczestnicy mogą wpaść w pewien trans. I ja chcę to zobaczyć!

Bez wątpienia karnawał w Notting Hill jest ciekawą alternatywą i miłą odmianą przy zazwyczaj spokojnej i zorganizowanej, emocjonalnie stonowanej londyńskiej egzystencji. Karaibskie rytmy, różne odcienia brązu skóry uczestniczących w pochodzie i ich zmysłowe i sugestywne tańce sprawiają, że na twarzy bezwiednie kiełkuje uśmiech, a dudniący w żołądku rytm rozpływa się po całym ciele i wprawia w ruch biodra i stopy.

Jedynym negatywnym aspektem całej imprezy są hałdy śmieci.

Czas na fotorelację:

 nh2

nh1

nh3

nh4

nh5

nh6

nh7

nh8

nh9

nh10

nh11

A ja na koniec padłam i zlałam się z asfaltem.

ja

Napisane przez: annajamaica | Wrzesień 5, 2013

Zdetronizowany Król – czyli co nieco o Asafie

Na początku sierpnia świat żył lekkoatletycznymi zmaganiami. Na arenie zabrakło byłego rekordzisty w biegu na 100m. Do niedawna to o nim i aferze dopingowej trąbiły wszystkie stacje informacyjne. Pechowiec, Asafa Powell.

…. kilka lat temu…Kingston….

Łagodnie wchodzę w ostry zakręt koło pralni Spic ‚n Span i jadę w dół Lady Musgrave Rd. Od bramy wjazdowej dzieli mnie kilkadziesiąt metrów. Zwalniam. Włączam kierunkowskaz i wykonuję manewr. Uff…całe szczęście, że jechałam w tempie spacerowym, bo musiałabym teraz gwałtownie zahamować. Brama była otwarta, co mylnie zinterpretowałam jako ślad po czyimś wcześniejszym wjeździe. Do bramy, z wnętrza posesji napierał mały stary kanciasty czerwony samochód. Zauważywszy mnie, kierowca czerwonego autka najpierw zatrzymał się, po czym cofnął dając mi pierwszeństwo wjazdu.

Mijając czerwone auto podziękowałam, a przez uchylone okno rzuciłam krótkie ‚thanks’ w stronę kierowcy. Kurcze, ale gościu mi kogoś przypomina – pomyślałam sobie. Wygląda jak Asafa- w mili czy nanosekundach myśl ta przemknęła mi przez neurony. Wszystko to co odgrywało się w moich zwojach można było wyczytać z mojej twarzy, od pionowej zmarszczki między brwiami zdradzającej szperanie w zakamarkach pamięci do uniesionych brwi nagłego olśnienia. Tak, to on! Z wyrazem twarzy wyrażającej radość ze spotkania dawno niewidzianego dobrego znajomego, i z uśmiechem, powiedziałam: Heey, hello, how are you? Asafa zaśmiał się tylko lekko i odpowiedział: Hey, ok. On odjechał tym antycznym pojazdem swojego kolegi, który zamieszkiwał nasz kompleks, a ja zaparkowałam i poszłam do domu.

Niestety, nie mogłam pozwolić sobie na wejście smoka. Zanim otworzyłam kłódkę, kratę drzwiową, wreszcie same drzwi, trochę czasu upłynęło. Efekt dramatyczny był zatem znacznie opóźniony i mniej efektowny, bez możliwości wparowania do domu z impetem. Ale, gdy szybko kopnęłam w kąt klapki, weszłam do pokoju, oparłam się o ścianę i z teatralnym gestem godnym latynoskich oper mydlanych uniosłam rękę i przyłożyłam do czoła. Zaczęłam deklamować…

o bosze o bosze kogo ja właśnie spotkałam, nie uwierzysz…no zgadnij, zgadnij, nie zgadniesz. Wiesz, chce wjeżdżać do bramy, a w tym samym czasie….– tu następuje opis wyżej zaistniałej sytuacji, oczywiście opowiedziany pod odpowiednio wysokim ciśnieniem emocjonalnym. Mąż powstrzymuje uśmiech, przewraca oczami..no nieeee no niee – wypowiada podłapane ode mnie wyrażenie. Ale to wszystko część naszej gry. Ja odgrywam rolę europejki histeryzującej na widok znanych postaci, po to by mąż miał o czym opowiadać rodzinie, dodatkowo koloryzując i dopowiadając. Wystarczy tylko, że spojrzę na znaną postać w jego obecności, by on krótko potem zadzwonił do siostry i zaczął relację od..ty wiesz co Ania zrobiła….

A niech mają trochę rozrywki, bo Jamajczycy nie wiedzą co to kult gwiazd. Jak wyraził się niedawno zasłyszany w sportowym studio BBC były mistrz i reprezentant Kanady- a z pochodzenia Jamajczyk – Donovan Bailey (notabene obok którego stałam raz po mięso w Scotchies w Montego Bay) że każdy Jamajczyk na swój sposób czuje się gwiazdą. To bardzo trafne określenie i tłumaczy ono jamajskie podejście do celebryt – myślą: ‚ot to taka sama gwiazda jak i ja’.

Tylko na Jamajce można natknąć się wysiadając z auta na byłego Ministra Edukacji np, który z reklamóweczką i w domowych laciach wraca do swojego pojazdu zaparkowanego tuż obok, i odebrać to jako oczywistość. No w sumie, wielka mi rzecz. Minister też człowiek. Ale ale, ja jadę jak na jamajskich nieoznakowanych drogach, zbaczam, z tematu.

Tak naprawdę, prędzej czy później na Asafę w Kingston natknąć bym się musiała, bo o tym, że nasz kompleks zamieszkiwał kolega Asafy nie omieszkał donieść nam nasz kingstoński sąsiad -krótko po naszym wprowadzeniu się. Swoją drogą to sąsiad ten już od lat dopomina się, by tu o nim napisać, taka postać!

Jednak oprócz tego kingstońskiego zdarzenia, na Asafę natknęliśmy się z mężem kilka lat wcześniej będąc na zakupach w Mega Marcie w Montego Bay. Było to krótko po tym jak Asafa ustalił nowy rekord świata.

Mąż: widzisz tych dwóch gości? Ten wyższy to Asafa.

Ja, spostrzegawcza jak zawsze: co? Co? Gdzie? – kręcąc głową we wszystkie strony.

Mąż przewracając gałami: jak zwykle, zero dyskrecji, szpieg byłby z ciebie żaden.

No a po zakupach jechaliśmy nawet za jego bryką. A skąd wiedzieliśmy, że jego? Bo na tablicy rejestracyjnej było: WR 9.77.

Dojeżdżając do świateł ustawiliśmy się równolegle do Asafy, jak na bieżni.

Mąż mnie podpuszcza: pomachaj mu.

Ja: co on tam zobaczy przez te zaciemnione szyby. Ale ja szelma, myślę sobie, zachowam się skandalicznie. Z uśmiechem od ucha do uch pomachałam, wychylając się z siedzenia pasażera.

Mąż, patrząc na mnie ze zgrozą: przecież ja żartowałem.

Ja: e tam, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego jakie twoje życie byłoby nudne beze mnie?

Łatwo się domyśleć co stało się gdy dotarliśmy do domu…tak tak, telefon do siostry …ty wiesz co Ania zrobiła?…

Nie no, przeznaczenie jakieś czy fatum, czy jak tam to zwał, ale na Asafę miałam szczęście. Czego nie mogę np. powiedzieć o Usainie. Kolejny raz na Asafę natknęłam się na, że tak powiem, zakładowej imprezie w 2010 roku. Towarzyszył on swojej ówczesnej dziewczynie, wice-miss Universe Yendi Phillipps, na naszym mini pokazie mody, na który zaprosił ją mój były szef a jej agent.

asafa i yendi

asafa i yendi2

Byli obecni na tyle długo, że zdążyłam cyknąć im zdjęcie i wróciłam za kulisy. Pamiętam, że byłam ‚zbulwersowana’ nowym imidżem Asafy, przyszedł łysy ale ze skulkowaną brodą. Wyglądał jak raggamuffin.

Asafa chyba od zawsze, tj. od momentu wypłynięcia na szerokie wody międzynarodowego uznania, cieszył się popularnością u damskiej części jamajskiej publiczności. Bo niby taki słodki.

Raz byłam świadkiem pewnej sytuacji. Było to w punkcie sprzedaży strojów kąpielowych pt. Mushroom na Crossroads w Kingston, rok bodajże 2011… Czekam aż będę obsłużona, a dla zabicia czasu oglądam jakiś mityng lekkoatletyczny transmitowany w tv. Trzeba bowiem wiedzieć, że telewizor to niemalże obowiązkowy element wyposażenia wnętrz użyteczności publicznej na Jamajce. Telewizory są w bankach, urzędach podatkowych, fastfoodach, sklepach – wszędzie tam gdzie istnieje zagrożenie kolejki i zniecierpliwienia petentów, a co za tym idzie zagotowania się i tak już gorącej jamajskiej krwi. Telewizja rozładowuje napięcie i sprawia, że czekanie tak nie doskwiera. No więc patrzę jak do biegu na 100m przygotowują się biegacze, w tym Asafa i Usain. Kobitki w sklepie zebrały się przy telewizorze. Gdy atleci wybili się z bloków startowych to komu kibicowały? Asafie. Usain jest zbyt przewidywalny.

Tę przychylność płci pięknej w stosunku do Asafy wykorzystało wydawnictwo Jamaica Observer udostępniając mu kolumnę w sekcji kobiecej zatytułowaną ‚Zapytaj Asafę’. Oto przykład.

Spróbujmy jednak dotrzeć do korzeni, pochodzenia i początków kariery.

Mimo, iż Asafa pochodzi z rodziny, w której każdy z jej członków był ze sportem związany (zarówno rodzice jak i bracia), to w początkowej fazie rozwoju – na poziomie szkoły średniej, nie zanotował on zwycięstw czy spektakularnych wyników. I gdyby nie wprawne oko trenerskie, które wypatrzyło w nim talent wymagający szlifu, to kto wie.

Asafa wychował się na wsi, niedaleko Linstead i Ewarton, w bardzo religijnej rodzinie.

charlemont high

Charlemont High – liceum do którego uczęszczał Asafa. W tle mural z Asafą.

Rodzice są pastorami. Taka kombinacja otoczenia i wychowania wpłynęła na osobowość Asafy, który jest raczej typem spokojnym, żeby nie powiedzieć nieśmiałym. Według niektórych ma to przełożenie na rozwój czy też upadek jego kariery. Od momentu nieudanych występów, każdy kolejny start unaoczniał lęk. Na twarzy Asafy wyraźnie dało się zauważyć nawet nie koncentrację czy stres, ale właśnie niepokój. Dobry start, rozglądanie się na boki, i kątem oka zauważony zbliżający się rywal wystarczał by destrukcyjnie zadziałać na jego podświadomość i przegrany sprint. Do rangi legendy wręcz urosły jego ‚strategiczne’ kontuzje. Gdy ocierał się o podium, rwał się jakiś mięsień. Większość agresywnych sprinterów w takich momentach próbuje wycisnąć z siebie niemożliwe, byle nie dać się pokonać albo by prześcignąć rywala. Asafa jakby zastygał.

Oczywiście nie uszło to uwadze mojej jamajskiej rodziny. Szwagier (ten od Szwagierki Nr1) przechrzcił Asafę na ‚groiny’ co na polski dałoby się przełożyć jako ‚pachwiniak’, to od częstych kontuzji pachwiny. A psychologiczna blokada uniemożliwiająca mu przyśpieszenie w najważniejszych momentach biegu doczekała się wyrażenia: ‚im freeze up, de man freeze up’ – zamarzł, zakrzepł, zaciął się. Swego czasu krążyła nawet plotka, że brak wyników to wina kobiety, że to Yendi ma na niego taki fatalny wpływ, jaki Brooke Shields miała na Andy Agassiego. No przecież gdzieś przyczyna leżeć musiała.

Insynuuję, iż Yendi widać zmęczyły częste niedomagania pachwiny partnera bo jej związek z Asafą to już historia. Yendi związała się z muzykiem Chino z którym doczekała się potomka. A Asafa związał się z atrakcyjną prezenterką jamajskiego programu ‚Fi wi choice’ Amitą Webb i od niedawna również i on jest rodzicem.

By przybliżyć kibicom sylwetkę Asafy a może także by ocieplić jego wizerunek, jamajski dziennik Gleaner opublikował w ubiegłym roku artykuł o intrygującym tytule: ’10 faktów z życia Asafy, o których nie wiedziałeś’. Oto wyniki gleanerskiego wywiadu:

Asafa,

  1. Każdej nocy zasypia przy włączonym telewizorze.

  2. Jest osobą nieśmiałą, która szybko się nudzi.

  3. Ma swoje ulubione potrawy, którymi są: kurczak i frytki.

  4. Czuje się niekomfortowo w obecności wielu osób.

  5. Niełatwo wpada w gniew.

  6. Nauczył się (widać niedawno skoro o tym wspomniano w artykule) i uwielbia przyrządzać narodową potrawę Jamajki, ackee z solonym dorszem.

  7. Jego ulubiony kolor: niebieski. Ale gdyby mógł nosiłby codziennie zwykły biały podkoszulek.

  8. Kocha zwierzęta.

  9. Woda to zdecydowanie nie jego żywioł. Przyczyna? Nie potrafi pływać.

  10. Chodzi spać z kurami, każdego wieczora, punktualnie o 20:00. O ile nie jest zmuszony przez towarzyskie zobowiązania do tego by o tej 20 -tej jeszcze nie spać.

Gdy gruchnęła wieść o dopingu Asafy, moją pierwszą reakcją było niedowierzanie. Asafa? Doping? Wolne żarty. No a jednak. Miejsce niedowierzania zajęło lekkie oburzenie, ‚no zgłupiał? Taki zdesperowany był czy co’? Kolejne wiadomości dostarczały co raz to nowych szczegółów, z których wynikało, że głównym winowajcą był świeżo zatrudniony kanadyjski trener, u którego znaleziono pokłady zakazanej substancji, jakieśtam suplementy. Ale czy na pewno to on ponosi pełną winę? W komentarzach jamajskiej prasy przewijało się pytanie, ‚jak ktoś o tak wątpliwej reputacji mógł wejść w skład ekipy trenerskiej bez porządnego sprawdzenia i to na kilka miesięcy przed Mistrzostwami świata?’ Wystarczyło mu tylko to, że wylegitymował się zagranicznym paszportem? Gdzieś nastąpiło zaniedbanie albo wyspiarska beztroska, ślepe zaufanie, że to co zagraniczne jest lepsze?

Kilka dni po wybuchu dopingowej bomby mąż mówi:

Wiesz, na przerwie w pracy słuchałem Power 106 FM. Jakiś doktor się wypowiadał, że te całe suplementy to trochę lenistwo dietetyków w ekipie trenerskiej, bo to wszystko czego atleci potrzebują znajduje się w produktach żywnościowych. Tyle że taki jeden z drugim dietetyk musiałby się nieźle nagłówkować żeby opracować sportowcowi odpowiednią dietę, by z pożywienia pobierał to co jest mu potrzebne a nie z chemicznie wypreparowanych suplementów. (szukałam tego wywiadu, niestety nie udało mi się do tej pory namierzyć)

Jak zwykle, ja tam się nie znam. 🙂

Żal patrzeć na zmartwionych rodziców Asafy. Wierzą w niewinność syna, ale wyrokują definitywny koniec jego kariery.

Kanadyjskiego trenera zatrzymała włoska policja, a na Asafę nałożono sankcje w postaci zakazu startów w imprezach lekkoatletycznych na dwa lata.

Jego kariera przed aferą i tak nie rysowała się różowo, ale to wydarzenie może stać się przysłowiowym gwoździem do trumny. Pożyjemy zobaczymy.

Napisane przez: annajamaica | Sierpień 15, 2013

Callaloo – jamajski szpinak

Panuje ogólne przekonanie, iż to co zdrowe z reguły nie jest smaczne. A w ogólnie pojmowanej kulturze masowej do rangi, głównie dziecięcego kulinarnego narzędzia tortur, zostały zrównane tak zdrowe jarzyny jak: brokuły i szpinak.

Na marginesie, brokuły (a także kalafior) na Jamajce uchodzą za produkty luksusowe. W supermarketach, na dziale warzywnym, leżą poporcjowane brokuły (a także kalafior – całej główki nigdy tam nie widziałam). Cena niewielkiej porcji brokułów nieraz zbliżona była do ceny porcji mięsa czy sera.

Tym co niemal codziennie gości na jamajskich stołach jest callaloo (czyt. kalalu) – jamajski szpinak. I wcale nie jest on demonizowany, wręcz przeciwnie. Calaloo jest głównym składnikiem jednej z narodowych potraw Jamajki. Do potraw jeszcze wrócę.

Callaloo pochodzi z Afryki Zachodniej jednak kulinarnie kojarzony jest z regionem karaibskim. Roślina z rodzaju Amaranthus, do jakiej zalicza się calaloo, przypomina swym wyglądem chwast. ‚Chwast’ to o wysoce dobroczynnych właściwościach, bogaty w żelazo, działa jak naturalny środek odpornościowy chroniący przed wirusowymi infekcjami.

Niestety, callaloo w środowisku naturalnym nie było dane mi zobaczyć, bo ja miastowa. Najbliżej naturze calaloo jakie widziałam to te leżące stertami na tandetnie skonstruowanych straganach przydrożnych koło Portmore. Oprócz mineralnego żelaza takie calaloo pewnie zawierało niezłe dawki spalinowego ołowiu. Raz nawet takie callaloo kupiłam. Zazwyczaj nabywałam callaloo w supermarketach, wstępnie opłukane i zapakowane.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po wyciągnięciu z worka uwalnia się bujny wiecheć liści.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po starannym umyciu, bo mogą zdarzyć się jakieś robaczki i gąsieniczki, callaloo gotowe jest, by znaleźć się w garnku. Do dalszej obróbki kulinarnej wykorzystywałam przeważnie liście oraz te łodygi, które nie były za grube, chociaż ponoć to w łodygach najwięcej wartości odżywczych. Z zasłyszanych porad: z łodygi należy obrać wierzchnią skórkę, trochę jak w rabarbarze, by pozbawić callaloo goryczki. No właśnie, dla tych którzy spróbują calaloo po raz pierwszy, może wydać się on gorzkawy.

Callaloo jada się przeważnie na śniadanie. Jeśli ma się wiecheć, to umycie i krojenie może zająć trochę czasu. Nie każdemu się chce. Zakłady przetwórcze i supermarkety oczywiście i takich klientów mają na uwadze. W ofertach supermarketów istnieje opcja zakupu uprzednio mechanicznie poszatkowanego callaloo. Bywało że– acz niechętnie takie calaloo nabywałam. Nie z lenistwa, bynajmniej, ale z konieczności gdy nie było innego wyboru. Niechęć ta powodowana była tym, że takie paczkowane callaloo po ugotowaniu wygląda i smakuje śmieciowato, bo tną wszystko. Czasem miałam wrażenie, że więcej w paczce było łodyg niż liści. Mąż również nie był fanem paczkowanego calaloo, tyle że on miał wizje poszatkowanych gąsieniczek, bo czy to wiadomo jak te krzaki są myte?

shreded calaloo

Jest jeszcze jedna możliwość, calaloo z puszki. Ale jeśli ktoś nigdy świeżego callaloo nie próbował to te z puszki wypaczy jego pojęcie o prawdziwym smaku.

Z braku laku, dobre i to. Callaloo w puszce dostępne jest w brytyjskich supermarketach.

callaloo w puszce

Jak przyrządzić i z czym jeść.

Drobno posiekane callaloo wrzucić do garnka lub rondelka, dodać posiekaną ćwiartkę cebuli i ząbek czosnku, odrobinę soli, solidnie oprószyć czarnym pieprzem, można dodać dowolną ilość papryczki Scotch Bonnet (zależy jak ostro się lubi albo jaką ostrość się zniesie) i na koniec zalać niewielką ilością wody – tyle by się mogło dusić a nie przypalić, przykryć i postawić na ogniu. Za mniej więcej 10 do 15 minut mamy gotowy zielony dodatek do śniadania.

Tak ugotowane callaloo można również połączyć i wymieszać z wcześniej ugotowanym białym ryżem. Powstanie nam wtedy popularny ‚callaloo rice’, podawany na obiad.

Daniem, które zaliczane jest do narodowych potraw Jamajki jest callaloo z solonym dorszem, ‚callaloo & saltfish’.

Jak przyrządzić dorsza pisałam tu.

Oba ugotowane składniki, tj callaloo i rybę łączymy i doprawiamy. Za przystawki mogą służyć: gotowany zielony banan, ziemniak, ugotowana mączna kluska, yam, dasheen, smażona kluska – w dowolnych kombinacjach lub wszystkie razem.

Callaloo znajduje się także w zupie jarzynowej pt. Pepper Pot soup.

pepper pot soup

Na moje pytanie czy kiedykolwiek ugotował pepper pot soup, mąż odpowiedział – nie. A mama? No co ty, mama nigdy do zupy jarzynowej nie wrzuciła i nie wrzuciłaby callaloo.

Mówiąc o callaloo, jak żywa przed oczami stanęła mi mama w kuchennej scenerii. Ciach ciach ciach, szybko do garnka spadają kawałki callaloo. Mama nie bawi się w żadne tam deski do krojenia, przynajmniej jeśli chodzi o krojenie jarzyn. Deski, wraz z tasakiem, używa jedynie przy porcjowaniu mięsa.

Ktokolwiek lubi poznawać nowe smaki i kulinarnie eksperymentować i ma szansę spróbować callaloo – zachęcam.

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie