Napisane przez: annajamaica | Styczeń 7, 2013

W Komarolandii.

Rozmów ciąg dalszy
W odcinku o ‘rozmowach’ zostawiłam was w Lucea, pora, by dokończyć opowieść…..

…. dotarliśmy do Lucea w porze lunchu więc z lekkim ssaniem w żołądku jednomyślnie postanowiliśmy, że zatrzymamy się przy Juici Patties w celu zakupienia tychże.
Lucea to mieścina, która cierpi na chroniczny brak miejsc parkingowych. Dojeżdżając do fastfudu cudownym zrządzeniem losu samochód, który celował w wolną lukę jakoś w nią nie wmanewrował. Wrzuciłam więc szybko kierunkowskaz, bo prowadziłam ja. Z rosą na czole kręciłam kółkiem. Ale znalazł się pomocnik-nawigator. Naprowadzał mnie jakiś miejscowy głupek. W przybrudzonych wymiędlonych ciuchach z wiecznym uśmiechem wskazującym obywatela innego wymiaru.
Podszedł do drzwi i chciał je otworzyć, ale ja zawsze drzwi blokuje więc napotkał opór. Zastukał mi więc w szybę i pokazał na bolec i dawaj znowu za klamkę. Natrętny. Zdziwił mnie lekko brak konkretnej reakcji ze strony męża i mamy. Gdyby to działo się w Kingston pewnie mąż kazałby mi wcisnąć wsteczny. A tu nic. Otwierają drzwi i wychodzą z samochodu. A ja dalej przyblokowana przez gostka od strony kierowcy. Pokazuje mu wreszcie gestem że ok i żeby się odsunął.
Ale jak tylko wysunęłam bolec on za klamkę i otwiera drzwi jak porter z Savoyu. Z nieodłącznym uśmiechem. Chyba coś próbował mi powiedzieć, ale nie rozumiałam co. Mąż wzrokiem dał mi do zrozumienia żebym go zignorowała.
Mama wstąpiła do pobliskiego sklepu a my z mężem weszliśmy do Juici Patties.

Co niektórzy rzucili nam znad swoich patties ukradkowe zaciekawione spojrzenia. Mieszane pary w Lucea to rzadkość choć miasteczko ma swój ułamek procenta białej ludności. Ów ułamek najbardziej widoczny jest w postaci ‘białej damy’, która przechadza się dziarskim krokiem po miasteczku. Od tyłu wydawać by się mogło, że to jakaś niczego sobie szczupła zgrabna panna, przyodziana w dopasowaną sukienkę przed kolano, klapki i chustkę krowodójkę na głowie. Od frontu pani okazuje się być jednak dosyć wiekowa… i tak sobie chodzi (swoją drogą ciekawe dlaczego zaburzenia objawiają się chodzeniem, przynajmniej na Jamajce). Niemal zawsze gdy zawitałam do Lucea to gdzieś mi ta pani mignęła po drodze.

Ok, patties zakupione, czekamy przy aucie na mamę. Oprócz miejscowego głupka pojawił się jeszcze jakiś żebrak, postawny starszy pan. Mama, podchodząc obdziela groszem. Gdy ruszamy ponownie w drogę, kierunek – dom, w aucie wypełnionym wonią świeżych patties, mama uskarża się:
Ile teraz w Lucea żebraków. Tego wysokiego nigdy wcześniej nie widziałam, przywędrował skądś. Ludziom coraz trudniej się żyje, eh. Temu niemowie to jak go widzę to zawsze coś mu dam. Tragiczna jest jego historia.

Tu do rozmowy włącza się mąż:
Bo on nie zawsze taki był. To znaczy, on był trochę ‘inny’, ale funkcjonował, miał pracę. Był konduktorem ( w praktyce oznacza to pobieranie opłaty w prywatnych busikach). Bardzo lubiał futbol. Angażował się w rozgrywki lokalnej drużyny. Pewnego razu, kiedy drużyna miała grać na wyjeździe, grupa kibiców podążyła za swoimi ulubieńcami. Daleko nie ujechali, chyba gdzieś w okolicach Falmouth autobus miał poważny wypadek. Kierowca i kilku pasażerów zginęło, wielu zostało ciężko rannych. Nasz gościu długo był w szpitalu. Wyszedł ze szpitala jako inny człowiek, taki jakiego poznałaś. My go pamiętamy jakim był przed. Coś w nim po tym wypadku pękło.

W takim nastroju dojechaliśmy do domu. Humory poprawiły nam konsumowane patties.

droga do domu

Lucea

Tyle trąbiłam o tym Lucea, a nie napisałam co zacz. (Chociaż nadmieniłam już co nieco w artykule pt. wycieczka do Lucea.)

Lucea. Brzmi jak inaczej przeliterowane, ale z tego powodu wcale niemniej uroczo brzmiące, imię żeńskie. I chyba na tym czar tego miejsca się kończy.
Ja z gruntu jestem takim typem osoby, który stara się dostrzec i wydobyć piękno we wszystkim. Jeśli coś jest brzydkie lub niezbyt malownicze, staram się to skontrastować z jakimś pozytywnym ‘ale’….
Lucea jest dla mnie takim ‘ale’…. jest ładnie położone, ale…
Gorszym, pod względem ‘urbanistycznego planowania’ jest chyba tylko jamajskie ‘miasteczko’ Santa Cruz.
Już tłumaczę dlaczego używam cudzysłowia. Myśląc i mówiąc o Jamajce trzeba przyjąć inną perspektywę, wyspiarską, a co za tym idzie- mniejszą skalę. Wszystko tu jest mniejsze. Gdy ktoś szumnie rzuci hasło typu ‘centrum handlowe’ np, to w praktyce okarze się, że to budynek z raptem kilkoma sklepami. Idąc tym tropem, miasteczka jamajskie są maleńkie; polskie wsie bywają większe.

Wracając do Lucea.
Proszę nie posiłkować się wikipedią, bo to co ostatnio tam z mężem znaleźliśmy na temat Lucea sprawiło, że o mało co nie podusiliśmy się ze śmiechu. Ktoś tam napisał, że w Lucea są kluby parki i muzea. No nie, ktoś kto to pisał musiał nieźle popalić.
Zresztą zaraz na wstępie w wikipedii jest ostrzeżenie, że artykuł wymaga uporządkowania. Mąż stwierdził, że kiedyś musi się za to wziąć, bo bzdury wołają o pomstę do nieba.

No to co takiego w tym Lucea jest.
Niedaleko jest hotel pt. Grand Palladium, taki betonowy moloch kolący w oczy architektonicznym niedopasowaniem do otoczenia (moim skromnym zdaniem). Bardziej przypomina siedzibę greckich bogów niż styl karaibski; może dlatego, że głównodowodzącym jest Grek (ten sam, który przejął franczyzę na organizowanie konkursu Miss Universe lokalnie).

Co jeszcze. Jest wieża zegarowa na ratuszu.

lucea townhall

Podobno zegar zaadresowany był na inną wyspę, trafić miał na St.Lucię. Tyle że kapitanowi się pomyliło i wyładowali konstrukcję w porcie w Lucea, w którymśtam wieku.

Niby taka nic nie znacząca mieścina, a kręcili tu dwa znane na całym świecie filmy. W Lucea znalazła się na jakiś czas Bondowa ekipa filmowa. Przy produkcji ‘Live and Let Die’ podobno sporo obywateli miasteczka znalazło, chociaż na krótko, zatrudnienie – tak wspominała kiedyś mama.

A z trochę świeższej historii filmowej, to w Lucea również kręcono sceny do filmu o ‘reggae na lodzie’, w oryginale ‘Cool Runnings’ (mąż śmieje się zawsze z polskiej wersji tytułu). Pamiętają na pewno wszyscy scenę zbiórki pieniędzy na wyjazd na Olimpiadę, jak jeden z bobsleistów śpiewał przed budynkiem ratusza…

Jest też ciekawa inicjatywa sportowa. Co roku w święto niepodległości odbywają się zawody, rybacko-regatowo-pływackie. Udział wziąć mogą nie tylko obywatele lokalnej społeczności czy Jamajki, ale i osoby przyjezdne – czyt. obcokrajowcy. Przepłynąć trzeba zatokę. Wskakuje się gdzieś niedaleko hotelu Palladium a meta jest w Lucea, bodajże na brzegu gdzieś niedaleko targowiska. Zwycięzca zgarnia całkiem fajne nagrody, od pobytu w jednym z hoteli po bilety lotnicze albo do USA albo na którąś z karaibskich wysp.
A wszystko to przy nieodzownym jedzeniu piciu i muzyce. Na zakończenie na uczestników i kibiców czeka koncert na żywo, ze znanymi jamajskimi artystami.
Jeśli więc ktoś czuje się na siłach, może 6 sierpnia w Lucea pokusić się o udział.

A teraz trochę o tej nieurodziwej stronie miasteczka.
Dojeżdżając do Lucea od strony Montego Bay widać niezbyt zachęcającą plażę z ciemnym piaskiem.

Samo miasteczko jest jakieś takie gangreniaste miejscami. Choćby przy wjeździe. Z jednej strony jezdni jest dosyć wysoki murek odgradzający od morza a z drugiej rów prawie zawsze wypełniony mętną kilkudniową deszczówką i bóg wie czym jeszcze. Przez ten rów przerzucone są kładki żeby ludzie mogli jakoś przez to przejść. Do tego dochodzą dziury w jezdni, czasami tak głębokie, że trzeba nieźle uważać żeby nie wjechać, bo można nie wyjechać. Jakby tego było mało, to po obu stronach maszerują ludzie, szeroko pedałują rowerzyści, tu i ówdzie ktoś sobie zaparkuje tarasując już i tak wąską szosę. Na dodatek ciężarówka wyprzedza bus i napiera na nas… Jadąc przez Lucea, szczególnie przez ten początkowy odcinek nie raz zagląda się śmierci w oczy. Czasem poprostu taka sytuacja na drodze powoduje koras, w którym można na dobrą chwilę utknąć. Pamiętam, że gdy dopiero co zaczęłam samodzielnie jeździć na Jamajce, to jazda przez Lucea była bardzo stresująca, wszystkie mięśnie napięte, na dłoniach pęcherze od nadmiernego ściskania kierownicy. 🙂 koszmar.

ciasno na drodze
dziadzio przy drodze
lucea street
Komarolandia

Dom teściów leży poza miasteczkiem, na trasie do Negril.

yard

Podobno stosunkowo niedaleko domu gdzieś tam są jakieś mokradła i dlatego niezależnie od pory dnia i nocy czy pory deszczowej czy suchej….w domu są komary. A na mnie dziadostwo wszelkie zawsze leciało, więc gdy przyjeżdżam z wizytą to w ruch idą: wiatrak – odpędza komary, a wieczorem spirala dymna – od zapachu jest się lekko otumanionym, komary podobno też. Dostaję też takie antykomarowe coś do kontaktu, które w ogóle nie działa, bo miałam to prawie pod nosem i na tymże nosie siadały mi komary.

vape

Do snu owija się szczelnie prześcieradłem, patent dawno opracowany przez męża. Wystaje spod prześcieradła jedynie kawałek nosa no i może jeszcze oko. Komary tak mnie kochają, że siadały mi nawet na powiece. I bzyczą i bzyczą i spać nie dają. Teściowie chyba przywykli, bo nawet moskitiery nie mają.
Widać lecą na nową krew. Moją.

Jednak na krótko przed naszym wylotem, który to czas spędziliśmy w Lucea, zapadalność na gorączkę dengue przybrała iście epidemiologiczne rozmiary. Wirusa roznoszą komary. Odpowiednia komórka rządowa rozpoczęła więc ogólnokrajową akcję uświadamiającą na dużą skalę wraz z tzw. regularnym mgleniem – fogging. Dosłownie. Takie mglenie to rozpylanie jakiegoś chemicznego środka wieczorową porą. Ma się wtedy pootwierać okna i drzwi żeby ten dym wleciał do środka i wybił komary. Duszące toto. Rozpylane jest to czymś co przypomina pistolet i pompuje głośno z baniaka na plecach roztwór. Odłos tego urządzenia brzmi trochę jak kosiarka.

A ponizej ulotka z przykazaniami co należy i nie należy robić, żeby nie mnożyły się komary. Znalazłam ją w Lucea podczas przedświątecznych porządków pośród jakichś szpargałów.

ulotka przeciwkomarowa

Lucea, miasteczko, w które nic tylko walnąć bombą żeby móc zbudować na nowo, ale….miasteczko ładnie położone z malowniczymi widokami.

Reklamy

Responses

  1. próbowałaś różne maści, którymi należy się smarować (na komary)

    • przyznaje sie, ze nie 🙂
      nie psiukalam sie tez niczym; szanowny małżonek pewnie zacząłby kichać ( czasem nawet jak perfumem sie ostrzej psikne to zaraz jakies ma reakcje alergiczne)

      • czego się nie robi dla miłości…nawet wystawia się komarom na pożarcie 🙂

  2. ciekawa opowieść:)


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: