Napisane przez: annajamaica | Grudzień 4, 2012

Rozmowy w podróży

W podróży czas szybciej mija rozmawiając. I wiadomo nie od dziś, że osoby starsze sypią opowieściami jak z rękawa, nie tylko o tym na jakim  pogrzebie  były, kto zmarł i się urodził itd. Malują słowami obraz tego co minęło. Rozprawiają o tym, jak to ‘drzewiej bywało’.

Obchodzony 15 października Dzień Bohaterów Narodowych – święto państwowe- mama postanowiła spędzić z dawno niewidzianym wnukiem a naszym siostrzeńcem, w Kingston. Kilka dni później odwoziliśmy ją z powrotem na wieś. ( tradycyjnie już, przyjechała  z ugrilowanym chlebowcem, mniam 🙂  )

W samochodzie, w dzień upalny, głos się słyszy, nienachalny…

Na dłuższą metę Kingston jest męczący, bo jest bardzo zabudowany. Kiedyś tak nie było… Pamiętam  lata 60-te, kiedy byłam w Kolegium Nauczycielskim w Kingston. Co weekend chodziliśmy do Downtown, przesiadywaliśmy na King Street.

Kolegium Nauczycielskie w Kingston. ...jak zwykle cyknęłam z auta...

Kolegium Nauczycielskie w Kingston. …jak zwykle cyknęłam z auta…

ja: gdzie znowu jest ta King Str. bo nie pamiętam.
mąż: leci wzdłuż Duke St., tam gdzie byłaś po zaświadczenie o niekaralności
ja: aha. Ja do mamy: to jakie było wtedy Downtown? bezpieczne było?

Tak. Kiedyś Downtown było jak Uptown prawie. I jak się szło na autobus to każdy był grzeczny, uprzejmy, czekał w kolejce, panowie ustępowali miejsca paniom… a teraz?  Jacyś się zrobiliśmy barbarzyńscy.
Pamiętasz? – mama zwraca się do męża- gdy byłeś w collegu to czasem przyjeżdżałeś do domu w weekend o różnych porach, czasem bardzo późno. Musiałeś łapać późny autobus.
mąż: Tak, pamiętam, o różnych porach. Często łaziliśmy po Kingston na piechotę z D. wieczorami, i nawet nocą, i się nie baliśmy. I do Downtown się zapuszczałem, o różnych porach też. Tyle że wiedziałem jakich miejsc unikać. Teraz…to nigdzie w Downtown bym nie pojechał.

Na moje pytanie, co spowodowało taką drastyczną zmianę w zachowaniu spłeczeństwa i upadku Downtown, mama odpowiedziała, że źle zaczęło się dziać w latach 70-tych, z powodu fatalnej polityki. Do tego doszedł kolaps finansowy lat 90-tych.

Jechaliśmy dalej. Jedziemy jedziemy, gadamy gadamy. Mąż wypytuje o sąsiadów, czy są nadal czy może wyemigrowali, co u tego, a co u tamtego…itd.

Aż w końcu, już nie pamiętam jakim tokiem skojarzeń, mama opowiedziała nam taką historię, chyba rozmowa była o edukacji ….

jak zaczęłam pracować, to dali mi klasę liczącą chyba około setki uczniów. Najpierw zrobiłam wszystkim test, żeby mieć rozeznanie na jakim są poziomie i na tej podstawie podzieliłam ich na dwie grupy. W pierwszej grupie były dzieci, o których wiedziałam, że sobie poradzą bez zbytniego doglądania. Skupiłam się na drugiej grupie dzieci. Po jakimś czasie dali mi asystentkę, więc było trochę łatwiej. Mimo tak trudnych warunków, żadne dziecko nie zostało w tyle, mama dodała z dumą. I kontynuowała…

Najważniejsze są podstawy, fundamenty. Jak zbuduje się dobrze, to dziecko sobie później poradzi. Są nauczyciele, którzy się nie przykładają.
Wydaje mi się, że w szkołach jest złe podejście do nauki chłopców. Oni nie zachowają się jak dziewczynki i nie wysiedzą tak długo. Trzeba mieć do nich inne podejście, inaczej ich zająć.
Bo jak nie, to większość z nich potem będzie miała piętrzące się braki. Ja, jak tacy mi się trafili w klasie, to sobie ich po lekcjach zostawiałam. Nie byli zadowoleni, trochę się buntowali. Ale im wytłumaczyłam, że się na nich nie uwzięłam i żeby tego nie traktowali jako karę, że kiedyś to docenią.
I widzisz…jeden z nich teraz jak mnie ‘na mieście’ widzi, to zawsze krzyczy ‘ to moja nauczycielka, to dzięki niej wyszedłem na ludzi’. Zarabia, ma rodzinę, wybudował dom, jedną córkę ma w collegu a druga kończy liceum…

Mama kocha dzieci i jest, a raczej była- bo od kilku dobrych już lat jest na emeryturze, nauczycielem, i to takim z powołania. Nauczanie było misją.

Różnych jej szkolnych historii usłyszałam niemało.

Te edukacyjne wspomnienia przypomniały mamie o pewnym zdarzeniu…

Któregoś dnia Tata (znaczy się mój teściu) wrócił do domu i mówi, że jakiś młodzian przyszedł na recepcję i pyta się czy przyjmują do pracy, bo on jest bardzo chętny i robotny, żeby dać mu szansę, szczególnie w ogrodnictwie. Musiał zrobić dobre wrażenie, bo dali mu formularz do wypełnienia. Młody człowiek podziękował i spytał czy może wyjść, wypełnić i wrócić. Powiedzieli mu, że nie ma problemu.
Taki unik sugeruje zawsze jedno….chłopak nie umiał czytać i pisać.

Tato przed hotelem (w Negril) zaparkował bus i tam sobie siedział. Młodzian do niego podszedł i poprosił o pomoc w wypełnieniu formularza. Więc tato za niego wypełnił. Ale. Formularz, jak to prawie każdy formularz, ma na końcu miejsce na podpis. Tego już Tato za niego nie zrobił. Co zrobił, to dał chłopakowi krótki kurs pisania. Dał mu linijki literek, które składały się na jego imię, do przepisania. Potem ćwiczyli całe imię i nazwisko. Jak podpis wyglądał jako tako, chłopak złożył świeżo wyuczony podpis na formularzu i zaniósł dokument na recepcję.
Został przyjęty. Wylewnie potem tacie dziękował za pomoc…

...hotel w Negril...

…hotel w Negril…

Analfabeci na Jamajce to fakt, choć myślałam – mąż zresztą też, że to raczej domena starszego pokolenia, a tu proszę. Chociaż… te chłopaczki, które ‘myją szyby’ na skrzyżowaniach, pewnie też pisać nie umieją…
Mamina historia nie jest pierwszą jaką o jamajskich analfabetach słyszałam.

Rozmawiając, podróż szybko nam minęła. Dotarliśmy na miejsce, do ‘miasteczka’ Lucea, o czym w kolejnym odcinku, jak i o tym dlaczego wyraz miasteczko dałam w cudzysłów.

Reklamy

Responses

  1. a Ty nie wyjechałaś do anglii? czy cos mi się pokręciło?

    • 🙂
      a nie, nie pokręciło się.
      To był bardzo zaległy wpis. Mam sporo takich co czekają w kolejce.

      • a rozumiem 🙂
        i jak się w Anglii Wam mieszka? Brakuje słońca? 🙂

        • A dziękuję, nienajgorzej; wszystko działa na czas, organizacja że hoho. Tyle że kurcze zimno i ciemno, dzień krótki…słońca oj brakuje i ciepełka.
          jedyne za czym nie tęsknię to:
          – karaluchy
          – mrówki
          – komary

          • w Irlandii poczułabyś się bardziej „swojsko”… tu nic nie działa na czas, organizacja? co to za słowo? 🙂
            Masz szczęście z karaluchami.. z tego co czytałam to robactwo jest zmorą w Anglii..http://szeptywmetrze.blox.pl/2012/01/Szwy.html#axzz24n6SXpLv
            (ja co prawda też kiedyś mieszkałam w Anglii ale nie miałam takich „znajomości” jak te opisane w linku)

            • o rany, horror jakis. odpukac musze.

              na razie, w porownaniu z Jamajką to tutaj ‚wielki świat’, ale wiadomo, ideałów nie ma, za krótko jestem żebym mogła narzekać 🙂

              Z Twojego opisu wynika, że Irlandia to jest to. Może ten jamajksi luz to tak naprawdę luz irlandzki? bo w przeszłosci wyspę ‚zasiedlali’ Szkoci i Irlandczycy.

  2. Koniecznie pozdrów jamajską rodzinę, w szczególności teściów. Fajna i mądra jest ich opowieść…

  3. Bardzo ciekawe historie,mogłabym czytać i czytać,proszę o więcej 😀
    no a ten hotel w Negril..jak dla mnie cudo!
    pozdrawiam 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: