Napisane przez: annajamaica | Wrzesień 3, 2012

Doktor bez licencji

Dziękuję wszystkim za życzenia. Ich lektura to był miód na me skołatane gorączką serce.

A było taaak pięęęknie…….

Dwa tygodnie temu Szwagierka nr2 wyciągnęła mnie do parku. Wyjście oczywiście niezaplanowane i oczywiście na ostatnią chwilę. No ale, czego nie robi się dla rodziny 🙂
Plan był taki, że będziemy sobie na trawce piłeczkę kopali. Mały jak tylko postawił stopy na trawie to pognał jak strzała, a za nim Szwagierka. Ja zostałam z piłką i powolnym krokiem podążałam za nimi.
W parku, jak to w parku, tu para, tam dzieci z rodzicami a wokól wstążka pseudo biegaczy opasująca truchtem kontury posesji. Sielsko anielsko. Nic nie zapowiadało tego, co ma nadejść…

Zaczęło się od zmasowanego ataku mrówek. Nawet gdyby w parku było tylko jedno gniazdo mrówek, to więcej niż pewne, że i tak bym w nie weszła. Ja już tak mam; np wejdę w jedyną kałużę w okolicy  i uchlapię się po sam tyłek, takie szczęście. No więc chodziłam po tej miękkiej gąbczastej trawie, jak po izolatorze, bo nie wiadomo po takim typie co ‚w trawie piszczy’. Aż piszczeć zaczęłam ja, może nie piszczeć tylko syczeć, bo ni stąd ni zowąd poczułam na stopach pieczenie, a gdy spojrzałam w dół to zauważyłam, że tam już się mrowiło. Pognałam po trawie z wykopem przednim, jak Usain podczas treningów, w nadziei, że strącę z siebie te bździny, które niesamowicie szybko zaczęły piąć mi się po nogawkach w stronę pasa. Zalazły też pod nogawki. Zaczęłam jak opętana strącać mrówki z kończyn.
Na zakonczenie pobytu w parku dziabnął mnie komar. Fakt, jak się później okarze, brzemienny w skutki…
Na osłodę były lody.

Na drugi dzien coś jakby nogi mnie bolały. No ale ganiałam po parku przecież.
Kolejny dzień, lekko zmokłam.

Nadszedł czwartkowy wieczór. Głowa tak mnie zaczęła boleć. Poszłam wcześnie do wyra, ale spać nie mogę. Do bólu głowy doszły dreszcze, uczucie zimna i ból całego ciała.
‘Coś mnie bierze’, mówię, ‘to chyba dengue bo taki ten ból dziwny jakiś’.
E nie, to grypa pewnie, tylko z czego by cię tak złapało?’, na to mąż. ‘Już wiem….to wtedy jak zmokłaś. Ja nie wiem jak to działa, ale ja jak zmokłem a nie posłuchałem mamy i się nie wysuszyłem, to zawsze zachorowałem. Dopadło cię’.
E tam, opowiadasz, mity jakieś. To dengue, mówię ci’, ja się upieram.

W piątek rano myślałam, że konam. Bardzo wysoka gorączka i ból nie do opisania. Głowę myślałam, że mi rozerwie. Ból kości, mięśni i stawów był taki, jakiego w życiu nie czułam. Ból był stały, koncentrował się w okolicach nóg oraz dolnych partii pleców. Do tego od czasu do czasu zadźgało mnie dodatkowo w jakimś stawie albo mięśniu. Taki ból jakby ktoś dźgnął i jeszcze w tym pogrzebał, aż spazmów jakichś dostawałam.

Tabletkę, ja chcę jakąś tabletkę!!
Tyle żeby tę tabletkę zażyć, to trzeba najpierw coś zjeść. I tu był problem, bo przez ten ból miałam niesamowity jadłowstręt, zero apetytu. A mąż jak jakieś kapo stał nad talerzem i pilnował, żebym zjadła. Jadłam i ślimtałam. Jedzenie to była tortura.

‘Dzwoń po doktora’, mówię, tzn do jednej z dwóch szwagierek. Szwagierka nr1, farmaceutka zawsze ma trafne diagnozy. Mąż opisuje co się ze mną dzieje. W końcu pada: ‘wiesz, ja podejrzewam, że to wtedy jak ją lekko złapał deszcz’.
Coooo!?– po czym nastąpiło głośne wciągnięcie powietrza na znak zgrozy. Gdy Swagierka nr1 usłyszała o deszczu, to koniec, zafiksowała się w diagnozie. No bo w końcu ośmieliłam się zgrzeszyć przeciw najważniejszemu jamajskiemu przykazaniu ‘nie będziesz ciała swego wystawiał na działanie deszczu’. Ja to przykazanie bezczelnie zignorowałam.
Mimo szczegółowych pytań o to co mnie boli, jak i gdzie, diagnoza brzmiała: grypa.
Mąż zadzwonił do Szwagierki nr2, pani doktor. Ta, po krótkim telefonicznym opisie symptomów, stwierdziła, że to grypa, bo krąży. I akurat tego samego dnia miała pacjenta z takimi samymi objawami. ‘Przepisała’ mi te same środki co owemu niefortunnemu pacjentowi: panadol multisymptoms, sok pomarańczowy i dużo płynów ogólnie. Serdecznie współczuję temu pacjentowi, bo to żadna grypa tylko dengue. (no ale w sumie nic innego na to dengue by też nie dostał)

Sama sie zdiagnozowałam. Od czego jest internet. No a poza tym, ból inny niż wszystko co znałam, a grypy (rzadko bo rzadko), ale kilka razy tu przeszłam.
Po kilku dniach mojego upierania sie przy autodiagnozie, dostałam wysypkę, co było namacalnym dowodem na dengue. Kilka dni po wysypce zaczęły boleć mnie oczy. Na komp patrzeć nie mogłam, bo robiło mi się niedobrze. Gałami ruszać nie mogłam ani w boki ani w górę/ w dół. To dlatego szwagierki optowały grypę, bo mi te symptomy tak ratami wychodziły, a nie na raz.

Będę musiała narzekania na męża odszczekać, bo się chłopak tak mną opiekował i tak mnie pielęgnował. Ganiał do sklepu po tabletki, po owoce bo przecież nic konkretnego przełknąć nie mogłam, okłady gorące mi robił na zbolałe gnaty. I najważniejsze, próbował mnie rozbawić i odwrócić uwagę od choroby. Tak powstał nasz ‘dengue dance’, i moje nowe ksywki: dengue gal i rashita (od wysypki).

Kilka dni temu wydano oficjalne ostrzeżenie w tv, żeby uważać, bo dengue panuje. A choroba przenoszona jest przez określony gatunek komara. Wystarczyło, by jeden skurczybyk mnie ugryzł.
Tak się niedawno chwaliłam asiaya jak to u mnie z prewencją wzorowo i na medal. No i masz ci los.

Ale, powróciłam do świata żywych i czas najwyższy na odrobienie blogowych zaległości.

Reklamy

Responses

  1. Oj. Tos sie nacierpiala. Dobrze, ze wrocilas do swiata zywych !!!

  2. O rany.. nieźle Cię wymęczyło 😦 Faktycznie trzeba mieć „szczęście” żeby trafić na tego komara nosiciela… Teraz myślę , że zanim zdecyduję się pojechać na Jamajkę to poważnie się nad tym zastanowię ;D najgorsze jest to , że Mój chce tam ochrzcić naszego potomka. Strasznie bym się o małego bała.

  3. Mariju… nie boj nic, tzn uważać trzeba, ale przyjeżdżaj, będzie ciekawie.
    Chrzciny – szykuj sie na co najmniej trzygodzinne nabożenstwo (tez zalezy w jakim kosciele), to będzie na pewno bardzo ciekawe doswiadczenie.

    W miesiącach zimowych komarów jest mniej i wogole jest przyjemniej.

    • Wiesz , z jednej strony to bardzo bym chciała , a z drugiej to nasłuchałam się od jego rodziny o robalach i tym podobnych. No ale jeśli finansowo damy rade to po nowym roku przemyślimy sprawę. Najśmieszniejsze jest to , że moj „Jamaj” nie pamięta 😮 kiedy jest najlepsza pora(mieszmamy w uk) , więc dzięki za podpowiedź 😉 aha i on pochodzi z Mandevill , więc nie wiem jak akurat tam wyglądają chrzciny , rozumiem , że Ty uczestniczyłaś w takiej uroczystości 🙂 ?

  4. Mandeville jest bardzo malowniczo położonym miasteczkiem, w terenie górzystym, z ktorego to wzgledu jest tam chłodniej ( a zimą to już podobno istna lodowka 😉 )

    Na chrzcinach byłam dwa razy. Raz w kościele pt. New Testament Church of God czy Christ, a drugi w kościele Baptystów.
    W obu przypadkach trwało to długo. Tu niezależnie od wyznania, kościoła, nabożenstwa trwają co najmniej dwie godziny, dużo się śpiewa.

    A robactwo…no niestety tego tutaj się nie da uniknąć. Ja się nawet do karaluchów przyzwyczaiłam, dalej mnie obrzydzają ale nie mam już takiej traumy jak na początku 🙂

    • Dziękuję Ci za te odpowiedzi 🙂 wygląda na to , że chrzciny tam były by całkiem fajnym doświadczeniem. Ha , no jednak muszę go bardziej pomęczyć , żeby mi poopowiadał o rodzinnych stronach , bo on twierdzi, że upały nie do zniesienia nawet zimą 😉 ( ale to kłamczuch jest ) i tak lepsze to niż londyńska pogoda…

      • Jamajczycy często lubią przesadzac.

        Najprzyjemniejsze miesiące to listopad-marzec, potem faktycznie robi się okropnie gorąco. Ja czasem siedze, nic nie robie a leje sie ze mnie ciurkiem.

        Jeśli dom jest na wzgórzu, to zawsze trochę chłodniej, czy też może lepiej zabrzmi – mniej gorąco.

  5. Strasznie boję się tych komarów. Czy te środki z deet są rzeczywiście skuteczne? Czy ty w ogóle stosujesz takie odstraszacze? I czy często zdarzają się takie zachorowania? Ja niestety należę do tych „szczęściarzy” co to też zawsze trafią na to co najlepsze (podobnie z kałużami, psimi kupami) Jak to się mówi : jak nie urok to sraczka”. 😉

    • Przynajmniej nie jestem sama, to a propos tego ‚szczęścia’ 🙂

      Ja nie stosuję żadnych sprayów ani nic, a może powinnam. W Kingston od czasu do czasu rozpylają coś komarobójczego. Ja bardzo często w długich gaciach wszędzie łażę, więc nóg nie mam zgryzionych ( dlatego mam ciekawą opaleniznę, przedramiona, szyja dekolt i twarz a reszta biała 🙂 ). W domu mamy moskitierę, a po domu chodzę w powiewnych długich spódnicach albo spodniach. Na mnie dziadostwo leci niestety.

      Dengue występuje przede wszystkim w porze deszczowej, czyli teraz, bo się lęgną w wodzie stojącej. Teraz w prasie i w tv mówią, ze jest duzo przypadków zachorowan. To wg. mnie wina ludzkiego niedbalstwa, bo nie oczyszczają rowow i innych terenów gdzie gromadzi się woda.

      Najlepiej wieczorami nosic cos przewiewnego z dlugim rękawem, jakies rzeczy z lnu czy lekkiej bawełny to sie nie spoci.

      Aha, a do tego w Negril są tzw. sand flies, jakies mikroskopijne muszki ktore gryza, oczywiscie tylko ‚szczęśliwych wybrańców’ 😉

  6. he he, no już to czuję. Może powinnam pić piwo, mój chłopak pije i go nie gryzą tak bardzo. A do mnie lecą jak złe. Moskitiery to zauważyłam, że mają ludzie w standardzie. Ale mam nadzieję, że w dzień nad morzem nie gryzą? My w tym roku na Mazurach mieliśmy straszny atak komarów. Tylko te nasze na ogół poza bąblami i swędzeniem nic innego nie robią.
    Czy powinnam się zaopatrzyć w jakieś lekarstwa? czy jak się jest chorym to trzeba cierpieć i nie ma lekarstwa?

    • Ja tylko żarłam silne przeciwbólowe. Gorączka po dwóch dniach ustąpiła, pocilam się jak nie wiem. Nie wydaje mi się, żeby na to były jakies lekarstwa, trzeba poprostu to przejsc i samo przejdzie.
      Jak pójdzie sie do lekarza, to robia badanie krwi, specjalne na dengue moze tez dadza jakies przeciwbólowe. Nie wiem, bo ja sie sama leczyłam 🙂

      Chorobe przekazuje tylko jeden typ komara. więc…trzeba mieć ‚szczęście’ 😉 zeby trafic na takiego

  7. mam dla ciebie dobrą wiadomość „Przebycie dengi skutkuje wieloletnią odpornością przeciwko zachorowaniom wywołanym przez ten sam typ wirusa dengi (jeden z czterech)”, i złą „jednak nie zapewnia ochrony przed pozostałymi trzema. Człowiek może więc zachorować na dengę cztery razy”

    • o rany, a ja już miałam nadzieję, bo mąż coś niepewnie mówił, ze z dengue to chyba jak z ospą, raz się zachoruje i juz, ale nie był pewny.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: