Napisane przez: annajamaica | Kwiecień 19, 2010

Tylko na Jamajce…

13 kwietnia, w drodze do Konsulatu Polski musiałam zatrzymać się na stacji benzynowej. Konsulat mieści się na wzgórzu, nie chciałam więc, aby samochód zaczął kaszleć przy podjeździe.
Tankuję zazwyczaj na tej samej stacji, bo tak jest taniej i wygodniej.
Na Jamajce nie tankuje się samemu. Podjeżdża się pod pompę i czeka aż do odsuniętej szyby samochodu podejdzie pracownik stacji. Czy raczej pracownica, bo najczęściej to kobiety nalewają tutaj benzynę. Rzadko gasi się też silnik na stacji. Przez okienko auta rzuca się zamówienie,  a po zatankowaniu i zakręceniu baku przez pracownika obsługi  oraz uiszczeniu opłaty, gotowym się jest by ruszyć z kopyta.

'Moje' pierwsze auto na Jamajce

Pamiętnego wtorku podjeżdżam więc do pompy, nie spodziewając się żadnych rewelacji. Tankowanie, czynność czysto rutynowa. Podchodzi do mnie pani w uniformie tj. dżinsy, czerwona koszula i czerwona czapka z daszkiem. Jak zwykle tutaj, przed przejściem do sedna należy przebrnąć przez zwyczajowe zwroty grzecznościowe. Kiedy mam to za sobą, otwieram klapkę baku a pani odkręca kurek i chwyta za wąż paliwowy. Wszystko to odbywa się w iście jamajskim tempie, czyli spokojnie, bez pośpiechu. No bo w sumie to i po co się denerwować i spieszyć. Po drugiej stronie tej samej pompy zatrzymała się wcześniej starsza kobieta. Wypowiedziała swoje zamówinie po czym wysiadła ze swojego pokaźnego auta i ruszyła do przystacyjnego sklepiku.
Benzyna się leje, zmieniające się numerki na pompie wskazują ilość litrów i dolarów do zapłacenia. Ja szykuję gotówkę, żeby niepotrzebnie długo nie blokować kierowców, którzy ustawili się za mną. Pompa samoczynnie się zatrzymała gdy cyferki osiągnęły zaprogramowaną kwotę. A Pani coś nie nadchodzi. Co bardziej niecierpliwi kierowcy zaczynają z lekka i, na razie dosyć nieśmiało, naciskać na klakson. Dobiegły mnie podniesione głosy. Ich źródło- przystacyjny sklepik. Na początku nic sobie z tego nie robiłam, Jamajczycy często mają  w zwyczaju po prostu głośno dyskutować. Przy sklepiku zebrała się już jednak spora grupka, chyba wszyscy pracownicy stacji. ‚Moja’ pani, najwyższa i z najbardziej donośnym głosem, przyklejona do szyby drzwi wejściowych coś wykrzykuje i gestykuluje. Sekundują jej inne pracownice stacji. Spróbuję odtworzyć w przybliżeniu treść zasłyszanych przeze mnie okrzyków. Moja wersja będzie trochę bardziej ‚uczesana’, bo całe zajście odbywało się w jamajskim dialekcie. A mianowicie…

‚ Musi Pani przekręcić tę małą gałkę nad klamką i pociągnąć drzwi do siebie’- krzyczy ‚moja pani z obsługi pompy’.
Po krótkiej chwili. ‚ Klucze niech Pani poda. Co? Gdzie są?- no właśnie, gdzie są klucze?’- z tym pytaniem ‚moja pani’ zwraca się do swojej drobniutkiej koleżanki. Ta odpowiada, jednocześnie zwracając się do koleżanki i osoby wewnątrz sklepu:’ w szufladzie, koło kasy. Pod kasą niech Pani spróbuje’.
Hah, nie mogę. To właścicielka sporawego auta zaparkowanego przy tej samej pompie, przy której czekam ja. Została uwięziona w stacyjnym sklepie. Drzwi się za nią zatrzasnęły na amen. Ale jak to się mogło stać? Nie zastanawiam się za długo żeby nie uronić nic z rozwijającej się przed moimi oczami akcji.
‚Tutaj, tutaj niech Pani je poda (znaczy się, klucze)’- krzyczą naraz dwie kobiety na zewnątrz. ‚Moja pani’ przy drzwiach wejściowych sklepu gestem wskazuje na zakratowane okienko po prawej stronie, a jej drobniutka koleżanka odsuwa wąską szybkę. Klucze już są na zewnątrz. ‚Moja Pani’ wkłada je do zamku, a tu dalej nic. Teraz dopiero zaczyna się piekło. Przywołują stróża. W międzyczasie wreszcie podchodzi do mnie ‚moja pani’ i mogę jej zapłacić za usługę. Wolniutko oddalam się od pompy, aby zarejestrować jak najwięcej z eskalującej sytuacji. ‚Moja pani’, najwyraźniej najbardziej butna z całej porannej zmiany, wojowniczo wykrzykuje w stronę stróża:’ a ja tyle razy mówiłam, że się zacina ten zamek i trzeba z nim coś zrobić’.

Oho, lepiej chyba zrobię jak odjadę, bo w powietrzu zaczynają  unosić się jamajskie klątwy. Nie wiem zatem czy i jak, a jeśli tak to po jakim czasie, niefortunna klientka została oswobodzona.
Ja próbowałam powstrzymać śmiech. Jechałam w końcu do Konsulatu, by dokonać wpisu w Księdze Kondolencyjnej. A tu taka afera na stacji. I bądź tu człowieku poważnym w tym kraju.

Częściowy widok na stację benzynową w Lucea

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: