Napisane przez: annajamaica | Marzec 26, 2010

Pralnia cz.1

Segreguję pranie. Jasne, kolory, rzeczy do ręcznej przepierki. Uzbierała się całkiem pokaźnych rozmiarów hałda brudnych ciuchów. Układam brudną odzież w koszu, przykrywam brudnym ręcznikiem. Do kosza dorzucam jeszcze paczkę proszku do prania oraz worek z klamerkami. Sprawdzam kieszenie dżinsów, czy aby zawierają dostateczną ilość gotówki potrzebną na opłatę za korzystanie z pralni. Powinno wystarczyć. Sprawdzam również zawartość mojej przepastnej i wymiędlonej torby, która czasy świetności ma dawno za sobą, by upewnić się, że jej czeluście zawierają samochodowe dokumenty. Wszystko jest. Ja też gotowa jestem do wyjścia. Wyjście z domu wcale nie takie łatwe. Muszę przecisnąć się z koszem prania przez wąski przedpokój, no i otworzyć wrota, tj. żelazną kratę zabezpieczoną kłódką. To nieodzowna część wyposażenia mieszkań i domów na Jamajce: kraty przy drzwiach i oknach.  Wytaszczyłam wszystko na zewnątrz, do tego jeszcze dwie reklamówki śmieci. Schodzę dziarsko po schodach. Zatrzymuję się przy skrzynce na listy. O, coś wystaje, biała koperta- jakiś rachunek.  Ładuję kosz do bagażnika, a reklamówki ze śmieciami lądują w zsypie.  Uruchamiam samochód i jadę do pralni.

Na szczęście jestem w pralni dosyć wczesnym rankiem dlatego nie mam problemu z zaparkowaniem na małym parkingu. Wytaszczam z trzewi bagażnika kosz z brudnymi ciuchami i podążam do drzwi. Dosyć duża powierzchnia wypełniona jest pralkami oraz suszarkami. Zbliżam się do stolika, przy którym siedzą dwie pracownice pralni. Nieopodal znajduje sie coś na wzór małej poczekalni, ze stolikami i prasą dla zabicia czasu oczekiwania aż pralka wypierze i wywiruje. To zamiast wpatrywania się w hipnotyczne obroty wirnika. Muszę odczekać chwilkę aż panie dokończą rozpoczętą przed moim przyjściem konwersację. Jedną z rozmówczyń jest kobieta albinos. Przybysze z kraju  o jednolitym etnicznie składzie populacji, bywają zdziwieni widząc osobę o rysach typowych dla rasy czarnej, ale z niezwykle białą skórą i blond włosami. Ja już przywykłam do tego widoku.

W informacjach dostępnych w sieci przeczytać można, iż na Jamajce, jak i w innych krajach Indii Zachodnich oraz krajach kontynentu afrykańskiego, albinism łączony był, wielokrotnie nadal jest, z czarami. Albinosi traktowani byli/są jako osoby przeklęte, byli poniżani a niejednokrotnie i mordowani w celu pozyskania jakiejś części ciała, która odpowiednio spreparowana przez czarownika, stworzyłaby talizman szczęścia ( te praktyki nadal mają miejsce w niektórych krajach Afryki jak Tanzania czy Zimbabwe).  Osoby z tym genetycznym uwarunkowaniem nie są na Jamajce traktowane jakoś inaczej. Taki stan rzeczy zawdzięcza Jamajka podobno didżejowi nurtu ‚dancehall’ o pseudonimie Yellowman, który popularność zdobył w latach 70-tych i 80-tych. Yellowman jest bowiem albinosem. Albinizm stał się jego wizerunkiem artystycznym oraz tematem utworów.

Kupuję żetony. Wkładam pranie do pralek, sypię proszek, zamykam drzwiczki i wpycham żeton.  Zasiadam przy jednym ze stolików poczekalni i sięgam po prasę. Znalazłam na stosie stary egzemplarz Time’a. Zagłębiam się w lekturę artykułu o kobietach saudyjskich. Od czasu do czasu spoglądam to na pralki próbując odgadnąć jak długo jeszcze przyjdzie mi czekać, to na ludzi znajdujących się w pralni.
Dla odmiany spoglądam przez okno. Widzę sprzedawcę orzechów kokosowych. Wydobywa je z autentycznej lodówki załadowanej na przenośny wózek sklecony z deszczółek, do ktorych przymocowane są kółka. Lodówka, a jakże, wypełniona jest lodem, który schładza kokosy. Co jakiś czas podjeżdżają do ulicznego sprzedawcy samochody i kierowcy albo gaszą silnik i wychodzą z nagrzanej puszki na orzeźwiający i zdrowy napój oraz krótką rozmowę ze sprzedawcą albo jedynie odsuwają szybę w oknie i rzucają w stronę pana od kokosów krótkie zamówienie. Po tym następuje ten sam rytuał, czyli:sprawnymi ruchami maczety usuwa on twardą skórę kokosu aby dostać się do serca owocu wypełnionego przezroczystym płynem z lekkim posmakiem, który trudno tak do końca zdefiniować. Do otworu wyciętego w kokosie wrzuca słomkę. Woda kokosowa cudownie koi pragnienie w upalny dzień. Po opróżnieniu orzecha, pan od kokosów maczetą rozpaławia twardy kokos po to, by klienci mogli spałaszować kokosową galaretkę. Biały miąższ zeskrobywany jest wystruganą z kokosowej skórki łopatko-łyżeczką. Zadowoleni i nasyceni klienci odjeżdżają, by ustąpić miejsca kolejnym amatorom palmowego dobrodziejstwa.

A Fruit Vendor in Black River. Sprzedawca owoców, Black River.

Doczekałam się. Pralka skończyła swój cykl. Wyciągam odwirowane pranie i  pakuję do kosza. Żegnam się z panią Albinos. Uruchamiam samochód, powolnymi ruchami kierownicy manewruję jak początkujący kierowca, by wydostać się z mini parkingu. Szczęśliwie dotarłam na osiedle. Kieruję się z koszem ku linkom, gdzie pranie suszyć się będzie na karaibskim słońcu, smagane zanieczyszczonym wiatrem stolicy. Wiesza mi się pranie wesoło- wystawiam na działanie słońca i wiatru swą bladą twarz. Nozdrza pochwyciły znajomy, lekko mdławy zapach ‚ganji’. No tak, stolica stolicą, ale w końcu jestem na Jamajce…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: